Z drugiego końca polany wyszedł Black. Widocznie
miał udany połów, bo jego pysk był cały w krwi. Podszedł do mnie i zaczął się
myć. Gdy był już czyściutki przytulił się od mnie i zaczął mruczeć. Położyłem
się z kotem na trawie i przysnąłem.
Jak się obudziłem było już ciemno, a z nieba kapał deszcz. Black gdzieś zniknął, prawdopodobnie schował się przed wodą. Moje skrzydła całe nasiąknęły zimną cieczą. Będzie mi ciężko teraz polecieć. Schowałem skrzydła i ruszyłem w stronę Pałacu. Nie było to daleko, bo tylko 10 - 12 kilometrów. Spokojnie mogłem przejść całą drogę w godzinę, ale wybrałem dłuższą trasę. Mniej więcej w połowie podróży poczułem czyjąś obecność.
- Wyczuwam cię. Możesz wyjść z ukrycia -
Powiedziałem. Zza drzewa wyszedł drobny chłopak. Podszedł do mnie z
uśmiechem od ucha do ucha.
- A już myślałem, że mi się udało! - Powiedział.
- Wiesz... może ci się to nie podobać, ale dostałem ciekawe zlecenie. - Facet
był cały czas wesoły, co mnie szczerze wkurwiało...
- Słuchaj nie znam cie i nie obchodzi mnie twoje
zlecenie - Odwróciłem się od niego i poszedłem dalej. Chwilę potem usłyszałem
suchy grzmot... a potem zaraz obok mnie błysną piorun. Las się zapalił...
- A powinno cię obchodzić wiesz, bo tak się
składa, że mam cię zabić!
<Will?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz