Co się własnie stało!? Przecież ten pieprzony
kot kochał tylko mnie! Co za zdradziecka kreatura... Kot spojrzał na mnie i
miauknął. Potem podbiegł i zaczął się ocierać o moje nogi. Tak właśnie się
zachowuje gdy czegoś chce. Tym razem chodziło mu o pomoc temu stukniętemu
gościowi... W pierwszej chwili chciałem go zignorować i odejść. Ale od razu
przekreśliłem tą opcję. Nawet nie mogę sobie wyobrazić co by mi ten mały demon
zrobił, gdybym go nie posłuchał. To nie tak, że się go boje... to po prostu...
- Jednak ze mną zostajesz!? - Zapytał
uśmiechnięty mężczyzna. Będę musiał jakoś wytrzymać z tą jego uśmiechnięta
gębą, przynajmniej dopóki Black się nim nie znudzi. Można powiedzieć, że
znalazł sobie nową zabawkę.
- Na to wygląda. - Powiedziałem niezbyt
zadowolonym głosem. - Mało tego, nawet ci pomogę! - podszedłem do rannego i
wziąłem go na ręce. Lekko się zdziwiłem, bo jego ciało było dość ciężkie
i mocno umięśnione...
- Czekaj! Zostaw mnie! Wolę umrzeć w samotności!
- Zaczął się szarpać i wyrywać, więc bez zastanowienia uniosłem się do góry.
Jego ciało zesztywniało, a puls przyspieszył. Czyżby się bał?
- Ohohoho! Jak fajnie! Jestem tak wysoko! -
Spojrzał w dół. - Ohohohoh... nie patrz w dół, nie patrz w dół!- Powoli
leciałem w stronę Pałacu. Zauważyłem, że ciało mojego pasażera zrobiło się
cięższe. Głowa zaczęła mu opadać w dół.
- Hej! Koleś nie odpływaj! - Krzyknąłem
zaniepokojony. Jeśli teraz mi zemdleje to może się już nie obudzić... Nie żeby
mi zależało czy coś...
- Uhuhu! Rozmawiaj ze mną! Opowiedz mi o sobie!
Przedstaw mi się! Cokolwiek tylko nie mdlej! - Bałem się... Jego ciało w ogóle
nie reagowało. Oczy miał już prawie zamknięte. Z ran na nogach i ręce nadal
leciała krew. W tym tempie facet wykrwawi się na śmierć. Zauważyłem przy
kołnierzyku jego koszuli białą metkę. Było na niej napisane jakieś słowo.
Cięgle lecąc przyjrzałem się jej... William? A więc to było jego imię!
- Will! Obudź się! Zaraz będziemy na miejscu!
Tylko się obudź! - Tym razem podziałało. William powoli podniósł głowę do góry
i spojrzał na mnie. Wyglądał jakby był naćpany, ale mniejsza o to...
- Co ja? - Spytał. Jego cały entuzjazm zniknął.
Byłem zaniepokojony, ale na szczęście lądowałem już na balkonie swojego
apartamentu.
<Willuś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz